Aro Dudyk (1969 - 2021)

Przyjaciel

bądź mym przyjacielem wyczuj moje miejsca najbardziej miękkie i osłoń je

znajdź plugawości źródło łyknij z niego oswój się z nim okiełznaj to

ogrzej w ustach moje cierpienie

bądź jak kurwa

bądź mym przyjacielem… patrz! Świat się sypie gdy nie ma ciebie

Przyjaciel

Gdy zaczynam gdy kończę

Miłość, ta jak zero jak „0” pusta gdy ja pisać zaczynam krnąbrna i próżna puściejsza niż garść powietrza gdy ją kończę ostatnim zygzakiem atramentu

Po co jej schlebiam tym wysiłkiem potwornym Po co opłacam potem jak smar obleśnym?

Po co w ogóle…

Miłość ta jest krzesiwem jak serce krzemieniem Jest stukaniem, stękaniem, rąbaniem by tylko wykrzesać coś więcej o kroplę może o dwie Może nawet o dziesięć

Miłość, ta struta Błędna jak rzęsa w nocy lub jak paznokieć

Cień jej na chodnik już padł już leży charczy już śpi Przez psa chorego oszczany i zły

Jej cień parujący pospiesznie pod spojrzeniem i pod obcasem byle kogo i byle gdzie

Gdy zaczynam gdy kończę

Nad nami góruje dym

nad nami góruje dym wykaszlany przez miasto o świcie pełnym zarazków

słońce nadęte w ropuchę słania się po dachach na bocianich patykach anten i wyciąga stęchłe dusze z grobów złotym czerpakiem

pies je butelkę bramy zgrzytają zębami ciała śmierdzą nagością system oliwi kierat potem

a potem

wali w drzwi wściekłym komornikiem i linczuje budzik do krwi

Nad nami góruje dym

Szeptem naoliwiasz moje uszy

Szeptem naoliwiasz moje uszy jesz i ziewasz szeptem chrupiesz tę swoją kość zagryzasz milczeniem Szeptem jest twój krzyk w otwarte okno telewizora w chudą małżowinę talerza i ziewanie jako odzew

Nawet twój wyziew i smród twój szeptaniem tylko jest w brzydotę tapet I szeptaniem jest twoje plunięcie na moja rękę otwartą w jakimś podświadomym geście

Szeptem naoliwiasz moje uszy

Pytania o sedno

Czym są ulice? Ciemnym zmartwieniem Ołtarzem kroków Spluwania biblią

Czym są mieszkania? Są kanciastym kamieniem Od jednego się biorą I w jednym giną

Więc gdzie mój koniec A gdzie mój początek?

Tu:

Gdzie zegar cyka Gdzie mleka wrzątek Gdzie komar bzyka…

Gdzie z gównoprawdy gówno wynika

Skończone!

Pytania o sedno

Refleksja

miałaś się chwilo odbyć inaczej

robaczek cierpliwy miał w drugą stronę toczyć łopotliwy na wietrze liścia sworzeń:

tej witki wiotki zwornik między głową a chmurą

….miały słowa się ułożyć w całkiem inne zdania

to już nie do odwrócenia nie do wypłakania

Refleksja

Perturbacje

Gdy do mnie mówisz Asfaltem czuć ci z ust Tynk pęka A w tle Wierzby sztywne paradują pod wentylator Jak zaczniesz cedzić Tak mówisz sześc dni Ty moja mutacjo Pana Boga Obciążona genetycznie Obłokami wokół

Gdy do mnie wzdychasz Twoje oskrzela jak rotory szemrzą A spaliny, szkło i beton Falują ci w oczach Gdy podajesz mi torbę lub tacę Nakładasz ziemniaki Idziesz przez przedpokój Prasujesz pod parą przed pracą Przepijając herbatą

To: listonosz już w drzwi wtyka perfidne awizo nie bacząc, że chwili tej bibelot druzgocze To: samolot wojskowy za szybą wyskoczy

To: telefon zadzwoni- - ktoś cyfrę pomyli

To: na drugim kanale pusty sejm błyśnie smętnie

To: karetka z jazgotem się wtrąci w pół zdania

Albo: dziecko wyduka – dada, baba, mama

Lub: wnet jogurt do sklepu na dole dowożą….

Bo gdy do mnie mówisz Świat robi rundę honorową I wchodzi drzwiami obok

Perturbacje

Pod pachą

Pod jedną pachą przetaczają się godziny Chude i piskliwe Na koniach śniegu Na mustangach wiatru Na kucach trawy Całe karawany Pod wydmą jednej pachy

Pod drugą pachą wirują puste nieba Prosto z termosu Na muślinie wiatru Na brokacie trawy Na brooklinie śniegu Tango szczypane Pod pachy drugiej triumfalnym łukiem

Śpisz Rozczapierzywszy gałęzie nóg i rąk W paradoksalny bukiet

Pod pachą

Santiago

O tym słońcu myślimy na przełaj kroczącym przez równik przez morze które ma zapach zimnych ryb O tych górach stromych jak pierś żelaznych jak dzwon o lasach jak sierść o wyspach jak głowa noga dłoń Myślimy o tych rzeczach o których nie wiemy prawie nic i to nas satysfakcjonuje nas fascynuje nas żre Pozwala nam spokojnie gnić

Santiago

Short story

Szorstkie gadanie O latach i dekadach

Szorstka ślina ciężarna W dzwon piersi spada

Szamoczący się język i wzrok W szorstkim pudle głowy

Z szorstką rzeczywistością Kontaktowy

O wiertarko muzo zgryzoty Koparko W błota papiloty seksownie Wkomponowana

Szorstka maszynerio Do korodowania

Rozgadana w latach I dekadach

Szorstkie jest gadanie Nawet o szkle

A ręki podanie - - Kopnięcie w łeb

Short story

Czasem zostaję w mojej głowie

Czasem zostaję w mojej głowie po godzinach gdy inni już gryzą poduszki ja pędzam oszalałe konie o zamszowych zadach po ortodoksyjnych stepach między wierszami Przypominam wszystkie początki i końce z mego życia Już ie pamiętam smaku farszu którym zapychałem cierpliwe formy godzin myślę - - nieraz po nim było mdło Czasami dłużej zostaję w mojej głowie na tej huśtawce

Czasem zostaję w mojej głowie

Pieśń o przedwczesnym wytrysku

Już sięgam pijaną ręką do szmaty twoich włosów Wycieram czoło Trawy się zjeżyły na oddechu miedziany sygnał

Twierdzą jest mi twe kolano Rude w blasku I samowar twego brzucha Termopile łokci szańce I kolczuga twych paznokci Zębów ostańce

Wkładam w ukrop twego ciała Metodami „małych kroków” gest po geście ruch po ruchu Zgrzyt od słuchu i od wzroku

A po szynach twoich rąk sunie już pancerny Tank Cóż gdy amunicji brak gdy już brak i tak...

Pieśń o przedwczesnym wytrysku

Szampan

obżarte słońcem winnice Ukrainy wydojone do słodkiej krwi jesienią w takt werbli kombajnów

czerwona ikra inicjacja islam indie Irak inflacja

brzemienne w słońca rentgen pełnokrwiste jędrne butle tlenowe noworocznych balang „czernobylskoje szampanskoje”

no to…. ….zdrowie

Szampan

Ścieżka

robaczywe lasy huczą pokotem zarastając niebo u mej głowy

zwęglona gwiazda wieczoru spełzła atramentu tęczą w wilcze doły

w roje niepokojów mrowiska szeptów siano pył

Ścieżka

Śniadanie

Na śniadanie matka wojnę mi podała na gazecie

Mleko kiwa głową że rozumie potem kładzie się w lodówce Dalej śpi w tym lazarecie

Śniadanie

T & B

Tomaszu dopiero ranek a ty już zabłądziłeś w kuluarach swej żuchwy ziemnowodną śliną ciemno modrą krwinką uciekłeś w kciuk Tam rozłożyłeś swoje poduszki i tam ananasy i banany kupione wcześniej w Super- Samie jesz wsparty o łokieć parapetu oko twe biega po skarpie ulic Język twój jest ukwiałem w morzu owocowych smaków

Brygido twój tyłek lśni jak mydło i miednica Po rosie piętę goni pięta Milicjant psem poszczuł potencjalnego złodzieja Zaciągasz żaluzję palców na oczodołach Ronisz łezkę na sutku pień Tomaszu i Brygido jesteście jedną rośliną

Wojtkowi Kowalczukowi 12.06.1989

T & B

Milenijne pluskwy

Strzelać dzieciom w ganki domów bez dachów jak w pudła z zabawkami Wybić do nogi zakurzonych łzawiących szarych tatusiów jak sztywne od nagłej jesieni dżdżownice na poboczu drogi

Między rosochate badyle rąk mamroczących dziadków wpychać bagnety a próchno zsuwać obcasem

Kazać sterczeć rozsypanym pustakom aż promienie laserów znajdą sens tych kromlechów

Dostać za to bibelot na kieszeń siódmą błystkę do kapelusika: archanioł kołowrotek i fale

Choć raz niech makieta ma alarm strach ręce krzyk

i niech się pali!

Milenijne pluskwy

Śpiewanie

Nie wiadomo czy to radio tak krzyczy przez sen czy drzwi rozmawiają ze sobą stepowaniem o plastikowy parkiet

Nie wiadomo czy to drzewo dźga szybę czy rynnę czy płynie przez mocarną ulicy szynę i gwiżdże A pająk to może pająka morduje A twarz to może w twarz pluje

Nie wiadomo czy złomu szelągi wiatr po mieście pędza czy zamiata rosochaczem klatek rozszabrowane pałace i stęka A włos to może o włos się trze A przeciąg to może na oścież się drze

Nie wiadomo czy sędzia już wyrok wydaje a ciało tężeje pod własnym ciężarem czy już noc się wdziera przez nieszczelną powiekę mąci we łbie żyłami pełznie i zatyka myślenie kneblem

Śpiewanie

...a to polska właśnie

Jeden gatunek dnia - - „powszedni” ten, który już był i który będzie Jeden gatunek człowieka - - „zwykły” ten, który idzie zakasuje rękawy skasuje bilet i wraca Jeden typ nieba - - „słoneczne” Drugi typ nieba - - „gwiaździste nad nami” Typ muru nie do przebicia Typ problemu nie do zgryzienia Typ głowy nie do przepicia Typ pożywienia nie do zjedzenia ...Kobiety - - wenus z kamienia łupanego Mężczyzny - -”...cóżeś ty za pani?” Młodzieży - - „o ty w mordę jebany” A kto z nami nie wypije Niech go Bóg zabije Typ wiary Kościół Rodzaj wiary Pieniądz Gatunek wiary … módl się za nami Prawda wiary Półprawdy Niedopieszczeni Niedokochani Niedocenieni Ale Wolni Nie przegrani Nieprzejednani Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz Ni dzieci przeganiał z marketów nam / by, rzekomo nie kradły / To nie prawda O nas nie ma prawdy

Do krwi ostatniej kropli z żył: Jeden gatunek człowieka „zwykły” Jeden gatunek dnia „powszedni” Jeden gatunek wódki czysta Najlepszy gatunek słowa ojczyzna

jak stara, dobra szmata do wszystkiego

...a to polska właśnie