Aro Dudyk (1969 - 2021)

Czekanie na umieranie

Zostało puste miejsce po oddechu Na gwałt potrzeba by coś upchnąć Może coś z gestów Może z uśmiechów A może całkiem inne głupstwo

Tak niewiele maja sobie do powiedzenia żywe ściany Tak mało Że aż krzyczeć chce się o wszystkim Na wszystkie rany sypać odpryski Tych zbetoniałych myśli

/ Jak je wydrzeć gazetom i ulicom spod kopyt? /

Zostało puste miejsce po oddechu Zostało czekanie na stereotyp

Czekanie na umieranie

Patrząc

Trochę histerii jest w tym niebie gdzie chmury topory skrzyżowały sypie się otrąb za otrębem i masa się kamieni wali

Kamienie czarne i zielone Czarne spalone Zielone jak mech Trochę histerii jest za oknem Gdy chmura chmurze spuszcza krew Gdy chmura ścina chmurze łeb

Patrząc

Pęd

Boso po błoniach rosa, aronia

Kłusem po kłosach pięt kakofonia

Pędzi do ciebie z pękami w dłoniach

włosy na skosy Twój jeździec bez konia

Pęd

Disneyland

Skropliło się rozdygotane popołudnie wódka gorzkimi parzydełkami rozlazła się po rękach i głowach tak długo rąbałeś pyskiem o betony swoich słów aż się ociosał a te kanty i szczerby oszlifował dym papierosów Ja też dostatecznie sprawnie strzygłem zębami cały dywanu areał aż to wszystko się na siano i szczaw rozmieniło Potem wieczór tak zawzięcie tarł swą sierścią o szyby by się naelektryzowały w trzaskające gwiazdy I tak już zostało

Między sufitem a podłogą zaczęły się błąkać jakieś żabie skrzeki do słów niepodobne i do śmiechów między ścianami gesty rozczepiły się na ścięgna i żyły I już oddzielnie latały sobie a murom

Rzucony na skaliste turnie schodów mogłem rzygać tym balsamem aż po świt Niestety zasnąłem Pod opiekuńczym skrzydłem kaloryfera

- Cyt!

Disneyland

Do ojca

Wesprzyjmy się wbrew niemocy stańmy na skraju mimo lęku Podnieśmy ręce na przekór apatii

Skoczmy… pomimo strachu

A potem Lecimy … Stachu!

Do ojca

Gdzie żyję

Nie mam gwiazd w mej szufladzie- - wszystkie wypisane Tam są ścieżki urobione deptaniem wygarbowanej bełkotem skóry wierszy Mam kredy pełen sufit syluru i dewonu – dywan pod tapczanem Wulkanu żyrandol pełen Paproć w szybie zapieczętowaną mam i podziwiam Wgląd na ulicę jest moim oryginalnym Boshem A stopy moje bose składowane w kącie są drewnem cerkwi są drogą do niej Przesuwam meble łamię i rozdziawiam kontynenty Wybiegają dzikie fotele obute w płaskostopie I krzeseł naręcza chybotliwe się wznoszą Lasy bambusowe moje są rusztowaniem karaweli zasadą okien Są bowiem nabojem w ich lufie celowniku i oku Wszystkie kruszce które zagarniam i dzielę Między siebie Po trochu

Gdzie żyję

Głowa

nawleczony palec na oko nieuleczalne zwapnienie ciszy u żyrandola

rupieć na stole zgwałcony rupieciem niedojedzona książka ziewa jakby śniegiem

coś wisi wczepione w krzyżowe strumienie tlenu to paproch pajęczy gdzie szczelina drzwi wzdycha ciągle przeciągiem

kołowacieje oddech papierosa wianki plecie swędzi dywan podłogę zatkany odpływ na trawnik rozpylacz czasu pracuje leniwie wmontowany w tam i z powrotem tam i z powrotem zegara a głowa maskę dupy bezmyślnej przywdziewa i czeka

Głowa

Brzechwa dzieciom

Nad tym krajem noc wstaje Zapachem nocnika,śmietnika i mydła Kiedy budzę się wychodzę z latarką przez ramię by dopchać się z bydłem do koryta

Podrzucili nam świeżych otrębów z samego świtu nocy po ledwie przespanym dniu bo wódki i piwa było dosyć

Tak wspaniale można sobie tutaj życie ułożyć Godnie z młotkiem w ręku Po bożemu hołubiąc krzywoprzysięstwo słuchając czarnych sępów

Tymczasem noc wstaje po burzliwym dniu Wstaję się zataczając Za mną smród, na mnie bród

Już kroki spadają po schodach Nie mogę być ostatni Już ciała padają na ciała Już węszą policjanci Komu oberwać uszy Komu zapłacić

Jeszcze parę lat A nie będzie tu można wytrzymać niech się dobrze rozkręci maszyna Niech tylko się rozkręci maszyna

Noc wstaje po ledwie przespanym dniu I nic Tylko kłamstwo słychać

/ jem, oddycham /

Brzechwa dzieciom

Trzeba ciszej oddychać

Trzeba ciszej oddychać Nie hamować obrotu ziemi Trzeba tak chłonąć tlen By nie z kamieniem By nie rzeźbić w nim chrzęstu swego oddychania Aby trawy nie pokalać rdzą krwią i spalaniem powietrza Każą tak oddychać by nie ruszyć z posad tępej głowy świata by się nie ruszyć

Trzeba ciszej oddychać

Bezsenność

Kaprawe oczy wybałuszywszy Księżyc mi bajki opowiadał A ja wierzyłem w każde słowo Tu gasła miłość pachniała zdrada

Kryminaliści odrąbywali niewinnym dzieciom główki ich płowe Szast – Prast szastali szastacze słowem Watykan mózgi po kątach rozstawiał Karcił i wmawiał, jak mawiał – wysławiał Tym ściegiem gówna świat ze mną się spawał ciągiem niezmiennym kłamstw i bezprawia

Bo jeszcze ja tu w tym kurwidole Co noszę w sobie genetyczną pomyłkę Co zamiast „dziękuję” mówię „pierdolę” do zagadnień kluczowych odwracając się tyłkiem

Kaprawe oczy wybałuszywszy księżyc mi bajki złe opowiadał Mącił mi w sercu i bełtał zmysły Patrzcie co gadał: „Skrzywiony” już będąc pacholęciem pomyśl jak trwać by tym zacięciej Jak by się odkuć, kły obnażyć Unikać razów, samemu razić W tej duszożerczej kołomyji W matni gdzie zdatni nie przeżyli W słów i haczyków kamieniołomie Na moralności rdzawym złomie

Kuj durniu życie póki gorące bo życie dzień jest albo ze dwa Myśl głąbie: Dla mnie dziś wstało słońce! Dla mnie ta beczka z wszechświatem trwa! Podpalaj lont więc u tej beczki Bo wszechświat prochem jest niczym więcej Niechaj wybucha a ty posłuchaj

I zamknij oczy – zobaczysz więcej

Bezsenność

New Model Army

/dla barbarzyńskiej Barbary/

One mają płaszcze do kostek W kolorze zależnym od szarży Szynele spod Verdun, spod Marny Mają fasowane na marsz torby różnych rozmiarów sięgające połowy uda; przy szturmie szeleszczące menażem sucharów

Teraz nieśpiesznym krokiem patrolują załomy wielkiego miasta Penetrują piętra Robią zwiad deptaków Okopują się w transzejach podziemnych przejść Kolbami palców atakują podejrzane witryny:

„Tu Krewetka jak mnie słyszysz Anchois”

Biorą łup Przed bojem piją wino albo dwa

One mają płaszcze jak płetwy rai Lecz nie płyną poziomo z falami One skaczą bo to Nowy Model Armii

Basi Kowieskiej 98.11.14

New Model Army

Kontestatorka albo kopciuszek

Siedzę cichutko w zgrzebny ciuch wmontowana przemyślnie awangardowo

w centrum miasta ale na uboczu

Obserwuję trochę A jeszcze trochę myślę A jeszcze dalej wzlatuję…

Kazano mi tu oddzielać buty od twarzy z tej kupy na przystanku torby od głów z tej kupy pod sklepem Od której zacząć nie wiem Na razie siedzę Palę papierosa Dojrzewam… O, mój autobus! Więc wbiegam (i już mnie nie ma)

Kontestatorka albo kopciuszek

Ku chwale

Dotknąć cię Ale dotknąć cię to jak poparzyć dłonie

Spojrzeć Ale spojrzeć na ciebie to jakby oślepnąć

Słyszeć twój głos Tak ale usłyszeć go to znaczy ogłuchnąć

Powiedzieć ci byle jakie słowo To już do końca być niemową

Oślepnąć Ogłuchnąć Zaniemówić

Spalić się A popiół niech zjedzą myszy

Ku chwale! Tej ciszy

Ku chwale

Masa

skazany na szaleństwo w ulic labiryncie ścigam niewidoczne ćmy przeznaczenia podany na ruchomej desce ulicy żelaznym wszom do zjedzenia _ _ _

skazany na szaleństwo życia bez nadziei że coś się zmieni

mam spięty pysk klamrami gniewu zakuty w kaganiec asfaltowych alei _ _ _

przeraża mnie masa gdy do niej zwracam wzdłuż gzymsów pełzające oczy

ona łaknie z spoconych niedzieli i prosi o łaskawsze wyroki _ _ _

miasto to ośmiornica ulic i placów wsparta sapaniem o rusztowania masa to polityka krycia asfaltów i miarowego ich przemierzania

Masa

Myślał dudyk

Myślałem, że Do wieczora jeszcze daleko A już wieczór Myślałem, że To dopiero początek Okazało się, że to koniec Myślałem Czwartek A to już był Piątek Myślałem, że Mówimy prawdę i tylko prawdę - Kłamaliśmy zaciekle i zawsze

Myślałem, że jestem trzeźwy Byłem jednak najbardziej pijany

Myślałem, że to dla mnie A to dla dobra ludzkości

Myślałem, że Jestem poetą Widzę, że jestem studnią cembrowaną Gdzie echo heblowano

Myślał dudyk

Błogosławieństwo

Twoja głowa błogosławiona Pod Niagarą włosów Twoja Głowa Co ołtarzem jest Cerkwią Gwiazdą Wybuchem atomowym / wewnątrz mojej głowy /

Twoje palce błogosławione Są szeptem ziarna W czarnym młynie wieczoru

Są krzyżami u których klękam Są lufami karabinów Przed którymi drżę

Błogosławieństwem jest twoja noga I podłoga pod nią

Błogosławiona jest twoja twarz Anioła Patrzę w nią jak w słońce Z przymusowym umiarem

Ja jestem robakiem /pobłogosław mnie obcasem/

Błogosławieństwo

1939

Gdzie już dzwonią laskonogie bomby? W mgle - - otrzewnej szorstkich jelit lasu Gdzie skręcają się wióry pól W powietrzną Trąbę Transzeją z wiotkich żeber Kroczącą skrajem hałasu ?

Połamały się rozstawione układanki i klocki Rozsypały się bierki po szosach

Czołg węszy ślady kochanków w kłosach W źdźbłach Urwanej głowy w rosach Gdzie kurwy tylko w bieli krzywoprzysięstwa łona rdzawe maskują Choć im wszystko jedno?

A dokąd i komu świszczą godziny? Przeciw komu spiskują? I bledną

1939

Powrót z „U”

I zostałem sam gdy węże obleśne opuszczać zaczęły swoje zakamarki cieniste

za meblami…

i ćmy i szczury

Oczy głupie i duże mi rosły a wszystko bolało

I zostałem sam gdy już zabiłem co ważne (i zniszczyłem)

I zacząłem się bać Bo zmieniłem siebie w potwora

I zacząłem płakać choć potwory nie płaczą…

Powrót z „U”